Wkręceni 2
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12

Komedia naszych czasów

Nowy rok zacznie się dla niego od ważnego wydarzenia. 10 stycznia na ekrany kin w całej Polsce trafi komedia „Wkręceni”, w której gra główną rolę. Później będzie równie ciekawie. Zamierza uczyć się języka włoskiego, regularnie startować w zawodach triathlonowych i po raz pierwszy wziąć udział w maratonie. Zapraszamy na rozmowę z Piotrem Adamczykiem.

- Czego widzowie mogą spodziewać się po „Wkręconych”?

- To odważna komedia, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Myślę, że wielu widzów może być zaskoczonych, bo w sposób rzadko spotykany w naszym kraju żartujemy sobie z Niemców. Co jak co, ale my, Polacy, możemy sobie na to pozwolić.

„Wkręceni” to historia trzech facetów, którzy udają kogoś, kim nie są. Początkowo będą czuli się z tym dobrze, ale w pewnym momencie sytuacja wymknie im się spod kontroli. Fabuła filmu odnosi się do czasów, w jakich żyjemy, gdzie wiele rzeczy wydaje nam się innymi niż są w rzeczywistości. I nie dotyczy to tylko przedmiotów, których opakowania i reklamy sugerują, że są większe, wydajniejsze i lepsze. Chodzi także o ludzi. Opakowujemy się, żyjemy w czasach autopromocji, gdzie nie liczy się prawda, tylko to, w jaki sposób się sprzedamy, zaprezentujemy na portalach społecznościowych, często oszukując z pomocą photoshopa czy biustonosza push-up. Sądzę, że „Wkręceni” będą dla widzów dobrą okazją, by się pośmiać z nas samych, ale i sąsiadów z zachodu.

- Główna rola - Piotr Adamczyk, reżyseria - Piotr Wereśniak, produkcja - Tadeusz Lampka. „Wkręceni” powstali według dobrego, sprawdzonego przepisu...

- To nasz trzeci wspólny projekt filmowy, ale zupełnie inny niż „Nie kłam, kochanie” i „Och, Karol 2”. Praca na planie „Wkręconych” była dla mnie nowym doświadczeniem ze względu na sposób realizacji. Mieliśmy do dyspozycji dwie bardzo nowoczesne kamery cyfrowe, które rejestrują obraz doskonałej jakości. Nie było oszczędzania taśmy, jak to miało miejsce w przypadku kamer starszej generacji, co w zestawieniu z wolnością, jaką dawał Piotr Wereśniak, stworzyło nam, aktorom, dodatkowe możliwości. Mieliśmy mnóstwo miejsca na improwizację, twórczą wolność bez ograniczeń, która wielokrotnie przyniosła nieoczekiwane efekty.

- Na przykład?

- Czasami sceny, choćby przejazdu samochodem, które zgodnie ze scenariuszem miały trwać dziesięć sekund, znacznie się wydłużały. Zaczynaliśmy grać, improwizować, reżyser nam nie przerywał i nagle robiły się z tego ciekawe momenty, które znalazły się w filmie. Takich przykładów jest wiele.

Każdą scenę można rozrysować, szczegółowo omówić i zaplanować podczas prób, ale moment, gdy aktorzy spotykają się na planie, gdy w danym miejscu i sytuacji zapominają o tym, że kręcą film, bywa zaskakujący. Największą przyjemność sprawia praca z kimś, kto na ten moment jest wyczulony. Kto nie przychodzi na plan przygotowany na konkretne rzeczy, bo ćwiczył w domu z poduszkami, tylko jest tu i teraz, i odbija piłeczkę. W takich sytuacjach aktor jest jak muzyk jazzowy, który w ułamku sekundy potrafi złapać nowy rytm, by za chwilę popłynąć z resztą zespołu w kierunku innej melodii. Na planie „Wkręconych” mieliśmy partyturę w postaci scenariusza, ale momentami jej się wymykaliśmy.

- Podczas zdjęć musiało być wesoło, bo miał Pan znakomitych partnerów do aktorskiej improwizacji.

- Obsada „Wkręconych” jest wybitnie komediowa; składa się z aktorów, którzy znają rytm tego gatunku i doskonale się w nim odnajdują. Na planie spotykałem się głównie z Bartkiem Opanią (Fikoł - przyp. aut.) i Pawłem Domagałą (Szyja - przyp. aut.), który być może nie jest jeszcze znany szerokiej publiczności, ale jestem przekonany, że po tym filmie będzie, bo ma wyjątkowy talent komediowy. Podczas realizacji zdjęć, ciesząc się możliwościami niczym nieskrępowanej ekspresji, zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że uwierzyliśmy w charaktery naszych postaci. Na Bartka Opanię, mimo że znamy się od czasów szkoły teatralnej, patrzę teraz jak na Fikoła - uroczego, ale impulsywnego faceta, który w każdej chwili może - używając terminologii rodem z boisk piłkarskich - „przywalić z Zidana”. Z kolei Paweł Domagała przez dłuższy czas będzie mi musiał udowadniać, że nie jest tak spowolniony umysłowo, jak mi się jawił na planie jako filmowy Szyja (śmiech). Moja postać z tej trójki jest najbardziej pozbawiona szczególnych cech, ale spaja wszystkie elementy historii, którą zobaczą widzowie. Z nieszczęśliwej miłości, poprzez różnego rodzaju perypetie, wyląduje w ramionach ukochanej Mai, czyli Dominiki Kluźniak. To nie jest typowa amantka, dzięki czemu nasza komedia nabiera żywiołowości i nieprzewidywalności.

- Na planie „Wkręconych” spotkał Pan również Katarzynę Glinkę. Znowu, tak jak podczas zdjęć do filmu „Och, Karol 2”, dała Panu popalić...

- Powiem szczerze, że po jakimś czasie nie pamiętam fabuły filmów, w których grałem, w pamięć zapada mi czas ich realizacji. Ludzie, którzy nie są aktorami, mają filmy z wakacji, ja mam filmy fabularne. Chronologię życia zawodowego dzielę na role. Za Karola było tak, a za och, Karola - inaczej. Jeżeli chodzi o Kasię Glinkę, mam z nią związane wyłącznie przyjemne wspomnienia, bo gdy spotykamy się na planie, zawsze się całujemy. We „Wkręconych”, jako filmowy Francesco, najpierw byłem w niej bardzo zakochany, dbałem o nią, nadskakiwałem, a potem cierpiałem, bo zostałem porzucony. Mój bohater odkrył smutną prawdę, że niektóre kobiety są z mężczyznami wyłącznie dla pieniędzy. Na szczęście nasze rozstanie przebiegło bez rękoczynów, musiałem tylko trochę rozpaczać (śmiech).

- Jakie ma Pan plany na kolejne miesiące 2014 roku?

- Ten rok będzie dla mnie nowym rozdziałem w życiu zawodowym. Skończyłem pracę w dwóch serialach, które właśnie zeszły z anteny. Co prawda twórcy „Czasu Honoru obiecują, że powstaną kolejne odcinki, ale myślę że szef Gestapo Lars Rainer, którego gram, zaznaczy w nich swoją obecność jedynie symbolicznie. Z Żabcią z „Przepisu na życie” niestety żegnam się definitywnie, choć pojawiły się pomysły, by powstał krótki serial internetowy przypominający jego związek z Beatką (Maja Ostaszewska - przyp. aut.). Wielu widzów chciałoby się jeszcze z naszego duetu pośmiać, więc może swoim zainteresowaniem wymuszą na producentach pozytywną decyzję. Zobaczymy.

- Czy ma Pan jakieś postanowienia noworoczne?

- Co roku mam takie same, za każdym razem postanawiam, że będę się uczył języków. Co jeszcze sobie obiecuję? Może w końcu będę miał kilka wolnych miesięcy i więcej czasu, żeby zaglądać do mojej restauracji? Z natury jestem domatorem, najlepiej czuję się w gronie znanych mi osób, ale od zawsze drzemie we mnie potrzeba bycia gospodarzem. Rozbudziłem ją, otwierając z przyjaciółmi Stary Dom. Najbardziej lubię moment dnia, gdy wracając z planu lub teatru, wpadam do Staruszka, bo tak ze wspólnikami nazywamy naszą restaurację, i mogę witać w progu gości.

W tym roku będę się starał regularnie startować w zawodach triathlonowych. Coraz więcej osób zaczyna uprawiać ten sport, który do tej pory wydawał się zarezerwowany wyłącznie dla ludzi z żelaza. Mój atletycznej budowy kolega Tomasz Karolak, Bartek Topa i ja - cherlawy Chopin, nie byliśmy kojarzeni z typami sportowców, ale udowodniliśmy, że triathlon mogą uprawiać wszyscy. W każdym drzemie ambicja, by się ścigać i mierzyć z własnymi słabościami.

- Dlaczego wybrał Pan akurat triathlon?

- Ten sport, czyli połączenie biegania, jazdy na rowerze oraz pływania, jest świetny dla ludzi, którzy cenią wszechstronność, a ja do takich niewątpliwie należę. Radość sprawia mi bycie członkiem społeczności triathlonowej, w którą można się wkupić po prostu startując w zawodach. Miałem okazję dotrzeć do granic własnych możliwości - podczas jednego ze startów mój organizm odmówił posłuszeństwa. Teraz jestem o wiele mądrzejszy w przygotowaniach, żywieniu, dyscyplinie. W tym roku mam również zamiar po raz pierwszy pobiec w maratonie w Poznaniu. Wszystkim polecam premierowe starty, bo wystarczy dobiec do mety i osiąga się najlepszy wynik w życiu. Potem jest trochę trudniej.

- Starty w zawodach triathlonowych to w Pana przypadku także sposób na pomaganie innym. Bierze Pan udział w akcji „Biegiem na pomoc”, którą organizuje fundacja Synapsis.

- Z fundacją Synapsis bardziej związany jest Bartek Topa, który od lat pomaga dzieciom dotkniętym autyzmem. To on zaprosił mnie i kolegów startujących w triathlonie do udziału w tej akcji. Czasami, gdy media zbyt intensywnie interesują się moim życiem albo zajmują się jego wymyślaniem, popularność bywa cieniem zawodu, który uprawiam, lecz gdy mogę ją wykorzystać do tego, by pomagać innym, wiem że ważniejsze są jego blaski.

Skoro mamy początek roku, od razu przychodzi mi do głowy Kalendarz Dżentelmeni, który został wydany po raz ósmy. Przed laty zadzwonił do mnie pewien licealista i opowiedział, że zbiera pieniądze na PCK, żeby kupić dzieciom buty na zimę. Wspomniał, że rozmawiał już z kilkoma osobami i ma pomysł, żeby wydać kalendarz. Tak to się zaczęło, a potem - metodą kuli śniegowej - lokalna inicjatywa nastolatka zmieniła się w coroczną ogólnopolską akcję, której organizatorzy każdą z milionów zebranych złotówek przeznaczają na pomoc potrzebującym.

Czasami udaje mi wspomóc akcję charytatywną Szlachetna Paczka czy propagować adopcję zwierząt, zresztą także polecając specjalne kalendarze „Wielcy Małym”. Sam jestem szczęśliwym posiadaczem wspaniałego konia, którego przygarnąłem jako źrebaka.

- Często Pan się z nim widuje?

- Mieszka daleko, więc odwiedzam go sporadycznie, ale za każdym razem, gdy u niego jestem, mam wrażenie, że mnie rozpoznaje. Przeżył trudne dzieciństwo, ale teraz ma spokojniejszy czas, a ja dzięki niemu zagwarantowany raj. Zgodnie z zapisami Koranu hodowcy koni rasy arabskiej, a okazało się, że mój jest jej przedstawicielem, mają tam zapewnione miejsce.


Rozmawiał: Kuba Zajkowski

Dystrybutor:

Sponsorzy:
Mini - Sponsor
Avis - Sponsor